Łobuzerski urok życia i sama esencja spijana przez słomkę. Euforia, cuda na kiju, poemaciątka skrobane chyłkiem na plecach współpasażerów. Wisienki na torcie, pięć dych odkryte w tylnej kieszeni spodni z lumpeksu. Spacer w kaloszach, podróż życia do pracy, przyjaciele zaklęci w słuchawkę od samego rana. Mgnienia olśnienia.
Myślę o przeprowadzce na nową stronę o takiej tematyce.
Czary mary, hokus pokus, Twierdza Modlin. Ponoć do kupienia za 25 milionów.




Może się złożymy? Porównanie z cenami willi w serwisach nieruchomości wypada imponująco.
- Fajnie by było złożyć się z, dajmy na to, tysiącem osób - mówię do Ani.
- I mieć pokój - życiowo rozkminia Anna, patrząc, jak Wisła całuje się z Narwią.



Tak, tak, są zdjęcia, bo Ania i Szą wzięli aparat.



I dwie maleńkie, które dzielnie wędrowały wśród dzikiej przyrody.


Kochałabym długie weekendy, gdyby nie to, że jawią mi się jako oczywisty sposób spędzania czasu. A teraz, kurka, idę spać z myślą o nieodprasowanej koszuli na rano.
Piękna burza. Jaka piękna burza. Trzeba mi wielkiej wody. Wielkiej demonstracji chmurzysk jak szare katedry, co suną tuż nad blokami - jasnymi nagle, z podmalowanym okiem. Zupełnie jakby szły na bal z chmurami. I takiego poruszenia, i wielkich kropli z nieba na chwilę przed wejściem do domu. I domu, i wszystkich tych głupot jak gary i pranie, nawet dziecinnych kłótni i tego bałaganu, z którym nie da się wygrać. Sierścia z jego rycerską sieciową gierką i nieustannym wsparciem.
Nawet utrapionych wypraw do pracy. Tylko na niby utrapionych, bo przecież zawsze coś interesującego się dzieje po drodze. Bo można czytać. Albo patrzeć na ludzi. Dzisiaj okazało się, że po świecie chodzą niezliczone eleganckie kobiety w średnim i starszym wieku. Bucik do kompleciku z torebusią, kolczyki i pierwszorzędny stonowany mejkap. Dumna postawa i powściągliwy seksapil - no super. Może to reakcja pań na hardkor z czasów młodości? Cokolwiek, w każdym razie niesamowicie było na to popatrzeć, a młodsze babki ze mną na czele mają od kogo się uczyć.
I te drzewa po kolana w wodzie, dostojne matrony, którym nie wypada rzucić się wir - czegokolwiek. Wielka rzeka pełna błota i cały ten architektoniczny folklor Warszawki, który mnie kręci. Bo lubię żywe miasta, które zmieniają się co dwa tygodnie, bo tyle jest do zrobienia i powstrzymania. Miasta niefrasobliwe w swojej młodości, choćby i drugiej. Żeby nie było - lubię też stare dostojne grody, w których grzechem byłoby wyskoczyć z akcją kebab pod ścianą zabytku. Dostojne matrony, które na szczęście tylko udają, że takie są święte.
Czego jeszcze mi trzeba? Harmonijnej współpracy z ludźmi na poziomie, interesujących rozmów o interesującej robocie. Przez telefon, nie tylko. Nawet świecenia oczami, że znów przyszłam późno, wychodzę wcześnie. "Ale to chyba okej, skoro pozamiatałam tak ładnie, prawda?" - pytam i zaraz czmyham. Albo "Pracować, kiedy się tego nie czuje? To źle robi na głowę" - mówię cicho, zostawiając mój zespół. Niech tam siedzi od rana do piątej, jak chce i umie. Ja nie potrafię. Kiedy pracuję, koncentruję się tylko na tym, a nie sposób należycie się koncentrować na twórczej pracy przez bite osiem godzin. Chyba. Ja nie potrafię.
I tylko trochę się martwię, że system tego nie łyknie i chociaż wszystko zaczyna nabierać kształtu, pewnego dnia powiedzą mi selawi, daswidanja, hastalawista fikuśna paniusiu. Spadaj na drzewo. Ale nie martwię się tak, żeby zaraz rzucać wszystko. Odmówić sobie widoku Pragi za dnia, z tymi jej sklepikami, które nie wiedzieć jak prosperują. Zakładzikami. Dziećmi, co chodzą po liniach, po liniach albo po kwadratach, kwadratach. I nucą, i podskakują. Raz są dla siebie jak słodkie aniołki, a zaraz wymachują wojennym toporem. Pragi z tym jej pomrukiem i błyskiem w oku, powitaniem w drzwiach, kotami na kolanach. Mrr.
Może to nastrój chwili, ale gdyby spadła mi na klawisze różowa wróżka z ofertą spełnienia trzech życzeń, to chociaż co dzień rzucam kurwami, fakami i oby tylko - jednak posłałabym pannę do moich przyjaciól. Wiem jedno, że... dostałam więcej niż... udźwignąć sama zdołam... więc... wysyłam trochę ciepła.
Policzyłam do dziesięciu, odetchnęłam głęboko i idę poleżeć na kocu. Może jakoś to będzie. Jak dobrze, że poniedziałek dopiero w poniedziałek.
skomentuj (0)
Chyba znów założę osobny blog o pracy. Kostiumowy taki, żebym nie musiała hasłować. Albo grupujący jednozdaniowe przemyślenia pod hasłem: jak pracować w biurze i przeżyć. Albo biurowe prawa Murphy'ego. Bo znów uczestniczę w czymś, co przypomina pierwszą w życiu jazdę na rolkach. Na lodowisku. Po przehulanej nocy i przed śniadaniem. W letniej sukience pośrodku zimy. W dresie na ślubnym kobiercu.
W sytuacji, kiedy sama praca znajduje się na szarym końcu zadań, z którymi trzeba się zmierzyć, by nie nabawić się miksa w pięć minut. Paraliżu. Deliry. Rumieńca wstydu, że w ogóle bierze się udział w czymś takim. Kogo dziś obchodzi dobrze wykonana praca? Chodzi najwidoczniej o to, żeby podskakiwać wesoło jak pajac na sznurku. Jak zagrają. Słać kojące uśmiechy, do kieszonki chować kurwy, faki i ojapierdole. I brać, co dają, centralnie na klatę. Zgrzytu-zgrzytu.
Nie bez akcentów humorystycznych, ale nie mi je doceniać. Bo okazuje się, że zakres obowiązków, które mi przydzielono wraz ze spektakularnym awansem, sprowadza się do jednego - mam świecić oczami. Za decydentów od pięciominutowych, niepopartych chociażby cieniem refleksji decyzji. Za nowy rewelacyjny pomysł co dzień. Przed ludźmi, którym tłumaczę co, jak i na kiedy mają zrobić. Może się zdarzyć, że nie starczy mi błysku w oku.
Ciekawe, ilu takich atrakcji mi jeszcze potrzeba, by zacząć pisać naprawdę. Po swojemu. Pal sześć, czy ktoś to wyda. Ciekawe, co musiałabym zrobić, by raz na zawsze zwolniono mnie z konieczności odpowiadania za czyjeś pomysły chwili, humory, czyjeś zero wyczucia i brak szacunku wobec "podwykonawców". Żeby stanąć przed lustrem i zobaczyć kogoś, kto nie ściemnia. Ilu absurdów prosto w czoło, ilu głębokich ukłonów i kompromisów, od których robi się niedobrze. Chyba nie tak wielu. Oby.
Używając niepopularnej seksistowskiej terminologii: w pracy jestem stuprocentowym facetem. I jak nic na świecie zbija mnie z nóg babska logika. Nie znoszę rozsądku w życiu osobistym, ale jestem jego czcicielką w sprawach zawodowych. A uczestniczę w akcji: do boju, kochani, wszystkie ręce na pokład! Strzelmy sobie w stopę i zobaczymy, czy będzie fajnie. Głosujmy: z kałacha, czy lepiej od razu z armaty? Żesz kur, fak, ojapier.
Koncert na skraju mapy miasta, a mimo to jesteśmy w stanie rozpoznać poszczególne utwory. Ju! Szuk mi ol najt ląg. Znajome, oswojone ściany i strzępy rozmów za oknem. Trochę niepokojąca świadomość, że jutro znów będę w biurze, a potem cyknę pranie, a potem powieszę. Pogadam nad głową Olkowi, pomarudzę, że przydałby się nam ktoś do sprzątania. Poprzytulam się z dziewczynkami, tłukąc obcasem wyrzuty sumienia, że za mało mnie dla nich. Siądę przy kompie wieczorem, potem kąpiel.
Śmieszne, że niby próbuję odnaleźć równowagę i spokój, a jednocześnie nadal mam oba te hasła na czarnej liście. Słów mocy, sposobów. Są chwile, gdy wkurza mnie nawet doświadczenie, co mówi: no już, zaraz sobota, zaraz w pięć minut spakujesz manatki i odetchniesz – nowym krajobrazem, świeżą siłą na powrót. Nawet wolałabym w takich chwilach, by z miejsca trafił mnie jasny, nieprzeżeniony szlag – że nie mogę mieć wszystkiego, że w dupie mam całą życiową mądrość i nie ze mną te numery. A tu nie – tup tup, pomalutku. Powódź? Coś jest na rzeczy. Zdechł mi, zdaje się, koperek w balkonowej skrzynce – mogłabym puścić papierową łódkę pomiędzy koperkowymi wyspami. Szefie, jaka piękna katastrofa.
Położyłam się spać odrobinę po jedenastej w niedzielę i już około drugiej udało mi się zasnąć. A może o trzeciej? Męczyłam się z tym okropnie. Dziś rano zmusiłam się, by wetrzeć odpowiedni kremik w odpowiednią część ciała (wyszło mi pięć różnych kremików, choć - uspokajam - części ciała mam więcej) i wykonałam parę fikuśnych ruchów przy otwartym oknie. Zjadłam musli (fanfary??!) i zaledwie jedną maleńką kanapkę, potem puściłam się kurcgalopkiem na pociąg (bo znowu wyszłam o pięć minut za późno).
W pociągu podniosłam nos znad notatek i zauważyłam, że w niedostępnych miejscach rośnie całe morze kwiatów (znów zapomniałam, jak one się nazywają). Takie na sterczących kijkach różowe, fioletowe, białe i bladożółte.
W pracy podgrzałam zupkę dla niemowlęcia (dzień wcześniej utarłam sobie coś takiego z na wpół zdechłych warzyw zalegających spiżarkę) i stawiłam czoła nowym pomysłom z kapelusza szefowej. Dzięki wytężonej gimnastyce ego nawet nie drgnęłam, po raz kolejny słysząc protekcjonalne „skarbie” pod moim adresem – ou je! Nawet nie poszłam na papierosa po naszej naradzie!
Po powrocie ugotowałam obiad, a podczas koncertu dziewczynek na zakończenie dodatkowych zajęć muzycznych przez całe piętnaście minut udało mi się nie poryczeć (taki trening silnej woli).
Po powrocie z koncertu dzielnie powstrzymywałam uśmiech (zmarszczki, zmarszczki), mimo że jeden nabzdryngolony facet próbował podać pomocną dłoń drugiemu, który z balkoniku dwa piętra nad nami spuszczał mu na jakiejś zadziwiającej plątaninie lin i linek eko-torbę. Zdaje się, że ten pierwszy miał włożyć temu z balkonu flaszkę do torby – zrobiliśmy zdjęcia, bo cała akcja trwała przynajmniej piętnaście minut. Co to było? Areszt domowy, czy ekstremalne lenistwo obu panów? Słodka, groteskowa Praga.
Na kolację dosłownie zmasakrowałam się warzywami i wypiłam magnez musujący, teraz z Sierściem testujemy porter Ciechana (po jednym). Ja czytam sobie manifest futurystów z 1921 roku i piszę raport, on chyba zdobywa zamek (oby nie jakąś e-królewnę). Zaraz idziemy spać, wielki bracie.
Ja nie chcę spać... ja nie chcę umierać... - słodko to śpiewa, zdaje się, jedna Kalina, pierwszy kociak peerelu. Poczekajcie, poszukam. O, mam.
Tak mi się jakoś skojarzyło, bo odkąd skończyłam pisać około jedenastej, nie znalazłam w sobie choćby okruszka chęci, by już się położyć i zregenerować organizm. Cienko bidulek śpiewa przy mojej potrzebie czuwania - czuj czuj! No i czuwam. Nie chcę spać! Wstanę o siódmej i ruszę z kopyta, pokrzykując na śniętą czeredkę: sprzątamy, śniadanie, chodźmy na spacer. Nawet nie zauważę, że jestem zmęczona - szkoda mi na to czasu i wrażeń. Chociaż nie chcę też umierać. A pewnie jak ta zmysłowa rozmarzona rozlandryniona Kalina padnę szybciutko i nie doczekam randki, na którą się kiedyś umówiłam. "Po osiemdziesiątce za rączkę po plaży" - taki był plan na ten wieczór.
Tylko czy ja wtedy jeszcze będę. Przy całej zachłanności, jakoś mnie to o wiele za mało niepokoi, choć ominęła mnie łaska wiary w cokolwiek potem. Przekonanie, że nie ma nic też zresztą przeszło obok. Całe to zamieszanie z wiarą i niewiarą krępuje mnie bardziej niż cokolwiek na świecie - dlaczego istnienie niewiadomej pociąga za sobą społeczny wymóg zajęcia jakiegokolwiek stanowiska w świecie domysłów? Zajęta chwilą, rezerwuję sobie na potem wielkie "zobaczymy". Zobaczymy, co potem. Pewnie coś ciekawego, zupełnie jak teraz i tutaj. A jak nie, to po co się tym zajmować. Taka to phi-lozofia.
Tak się czasami zastanawiam, czy kiedykolwiek zmądrzeję i zechcę - z myślą o dzieciach, najbliższych osobach, cudach świata i choćby tej romantycznej odległej randce - żyć pomalutku, grzecznie i zdrowo? Chciałabym przybliżyć się odrobinę do tego odległego bieguna - na razie chodzę na basen i mniej palę (przez cały dzień w biurze najwyżej trzy papierosy). Jakieś sugestie? Pytam zupełnie poważnie. Bo niby rozumiem, że warto, a nie stosuję. Niby bym chciała, a nie robię. Co dzień miotam się, jakby następny miał nigdy nie nadejść. Druga w nocy? A ja pisałam przez dziesięć godzin? W oparach lepszych fajek, a po wszystkim z winem na dokładkę? No i dlaczego tak? A może dlaczego nie? Nie ogarniam tematu. Przyjąć, że tak mam, czy walczyć, bo to wszystko podobno jest niebezpieczne?
No dobrze, spróbuję przez dwa najbliższe tygodnie zachować powszechnie uznawane za zdrowe proporcje pomiędzy snem i jawą, siedzeniem na krześle i innymi ćwiczeniami gimnastycznymi, ilością zjadanych kanapek w stosunku do pozostałych produktów spożywczych. Dwa tygodnie. Albo dobra, bez hurra-optymizmu - tydzień. Są chętni, by mi potowarzyszyć? A może wszyscy chodzicie spać o 23, jecie pełnowartościowe śniadania, obiady i kolacje i uprawiacie gimnastykę poranną? Spróbuję, jak to jest i opowiem, czy mi się podobało.
Nóżka na nóżkę... - cud chyba, że jeszcze stare śpiewki tłuką mi się po głowie o tej porze. I nucę. Czterysta procent normy, powinnam nie żyć ze zmęczenia. A myśli, do których się słodko uśmiecham - hop hop po biurku. Macie już konto na fejsie? Tam rządzi Lakonia, zupełnie jakby na nowo odkryto telegraf. Haiku Burger. Tu - dwudaniowe bla bla z deserem. A w Wordzie homary z mączki rybnej - taka ze mnie pisarka. Jednak dobrze mi z tym. Kończę pracę, myśląc już o nowej i uuu jak się tym nakręcam. Zapominam, co środek, gdzie cel. I dobrze mi - jestem po uszy w temacie. Dorzucam tytuł, sprawdzam pisownię i już bym zaczęła nowy wątek.
Gerl - na na na na - ju ar e łumen nau... - nuci rozsądek, no to zapodaję i statystykę wyrazów. AAAby przemienić litery w siano. Strony w kupony. Wodę tych wersów w wino z Biedronki. Bluzgnij literami, a skrzynia złota sama się znajdzie. I wypasiony kamper, którym zawsze można pojechać wpizdu, zahaczając o chujwiegdzie, jak mówi mój ulubiony poeta. Artyści pod latarnią, straszni mieszczanie apdejtyd. Paszczak organizator vs Filifionka, która kochała katastrofy. Dorzuć kapelusz Włóczykija i masz - to już mniej więcej ja. Chyba mam miksa, Muminki? Ostatkiem rozsądku odrywam się od pracy, wierszówki, "Mama, a ona...", od garów, kotów, starych śpiewek, koszuli na jutro, myśli i tego wszystkiego, co mam po kieszeniach - biegnę popływać. Pływanie jak medytacja. Ciało jako instrument służący temu, by właśnie o nim zapomnieć. Latać. Oddychać. Kocham to. W ogóle zdaje się, że kocham za dużo rzeczy, czynności i ludzi na raz. Ale komu to przeszkadza? Mi nie - hop hop, siup, fik! Trallala!
No dobrze. Wygląda na to, że czas rzucić wszystko i iść się całować. Fiuu!
Kawa smakuje dniem pracy. Widziałam wczoraj zmokniętego gołębia, który chodził na palcach. Sama ze zdumieniem wyjęłam z własnej torebki nieznajomą parasolkę i z dziwną radością pobiegłam na pociąg. Pewnie niewiele potrzeba czasu, bym znów przeklinała ten nowy rytm. Ale na razie cieszę się wielkim monitorem, na którym śpiewają obrazy sprzed stu lat. Grafik-artysta snuje swoje teorie, prosi uprzejmie: "Każ mi się zamknąć, przecież musisz pisać". Ja się uśmiecham, bo całkiem przyjemnie pogawędzić o sztuce, którą wzięliśmy na warsztat. Smaczku dodaje opustoszałe biurko stalowej damy - dziura po bombie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie tym razem. Nie wybiegam myślami dalej niż do soboty. Na chwilę przestałam się szarpać. I nawet się cieszę, że jest tak zimno - mogę otulić się szalem bez wzbudzania sensacji.
Grzeczne jak aniołki...

...ale z błyskiem w oku. Moje małe, magiczne córeczki.

Od września będą chodzić do szkoły muzycznej. Werble, kurczę.
Myślałam, by wrzucić jakieś płomienne zorze, ale nie. Czemu by nie one. Na minutę przed wyjściem do pracy, w taki deszczowy dzień, kiedy chciałabym tylko spokojnie się do wszystkich uśmiechać. I będę, czemu nie.
Nô ta pô esperança num brisa mansa e constante.
- Wiesz, pies na mnie kichnął - powiedział Olik, którego po moim przyjeździe odebraliśmy od jego kumpla Kuby. Takie zdanie przywraca pion po najsowitszej choćby porcji hardkoru w ezoterycznym Poznaniu.
- Piekielne miasto - mruknęłam Markowi nad ranem, zbierając się na moją teelkę - albo to ja.
- Nie śmiałem sugerować - mówi mi na to przyjaciel. - Wygląda na to, że ty i Poznań to wybuchowa mieszanka.
Może odrobinę.
Kiedy nieoczekiwanie przyjeżdża zamorski braciszek, udaje mi się uporać z robotą do dwunastej i przejść ulicami Praszki w jego czarownym towarzystwie. Motherfunker tattoo versus lokalne cekiny na tipsach, gitara na plecach, damska torebka pełna kaszanki. Po Olika do szkoły, przez kilka sklepików, do przedszkola dziewczynek i dalej, już całą czaredą, na barbekju do Ani i Szona.




Cudownie rzucać kiełbę na ruszt o piętnastej we wtorek - kto by chciał jeść, chodzi o sam rytuał.

I całe to idle parenting, o którym wspomina mój idol Tom Hodkinson.




Wytłumacz własnymi słowami pojęcie "uskrzydleni" i napisz zawody, w których ludziom możemy przypisać taką cechę. Tak brzmiało polecenie z Olikowych ćwiczeń otwartych nad ogrodowym stołem. Słowo "uskrzydleni" znaczy to, że pewne osoby są dumne z siebie i swoich osiągnięć - raczył był wytłumaczyć własnymi słowami Olik.

Z pomocą kumpla Krzychulca (zwanego Synkiem, a od dziś wujkiem Synkiem) wymóżdżyliśmy rozwinięcie: Tak naprawdę przedstawiciele każdej profesji mogą "dostać skrzydeł", czyli poczuć się uskrzydleni, kiedy realizują swoje zawodowe cele, jednak wydaje się, że najczęściej bywają uskrzydleni poeci i inni artyści. Głupie pytanie, głupia odpowiedź.

Chłopcy wrócili ze sklepu, dzieci rzuciły się do jazdy taczką obsługiwaną przez czeredę wujów.




Najmniejsze kruszyny drzemały w wózeczkach, domorośli wolni chwilowo od wychowawczych obowiązków gawędzili nad Ciechanem.



Po szybkim ognisku i serii poczęstunków serwowanych przez dzieci (pieczony mlecz czy pieczony liść, mama?), przeturlaliśmy się w sporym gronie do nas na Pragę, zgarniając spod domu jeszcze jedną rowerzystkę-maratonistkę (w wolnych chwilach piosenkarkę o ksywce Whoopie). Ważny menedżer grał "Zakazany owoc" na pianinie, a wujek Synek opowiadał o swojej karierze aktora z łapanki. Hasła mocy jak: Torebka Larysy?! i Coś musiało się stać! będziemy powtarzać aż przyjdą nowe, kolorowe, wystrzałowe. To już niedługo - w piątek jadę do Poznania.
zdjęcia: Turek
Do sanatorium? Może za jakiś czas, na razie cieszę się weekendami, które czasami muszę odsypiać już w trakcie i w ciągu dnia. Goście, sąsiedzi, przyjemności i obowiązki. Ze cztery butelki, ze cztery wyklejanki, z pół tony rozmówek polsko-wszelakich, gromadka dzieci na kocyku i jedno w wózeczku. Z sześciu chłopców do przeszkolenia przed ich jutrzejszym sprawdzianem z kształcenia słuchu. Dwie królewny, jeden Trup z synkiem aniołkiem, jeden rowerzysta o siódmej w niedzielę, tysiąc pięćset sto dziewięćset talerzy i kubków do zmycia, w tym tylko cztery stłuczone. Parę kołder w charakterze legowiska, dwie ręce. O ile dobrze pamiętam, o ile motyle, farmwile, dwa gile. Lajfs greit.
Czarymary, hokus pokus, bim tala bim! Jak miło zacząć weekend w piątkowy wieczór, pobalować do hmm... czwartej? ubabrać pół domu niebieską farbą i tylko trochę się złościć nad ranem - że mili goście wstali wcześniej i wyjeżdżają. Jak tu się długo złościć, kiedy zaraz po ich wyjściu, stękając, wchodzi po schodach pianino, kumpel Olika z wizytą na cały dzień, dzielny rowerzysta i Drogi Agent Specjalnej Troski? Ten ostatni z foliówką pełną przerażających mrożonych krewetek na obiad i propozycją na długi weekend. A jeszcze jest przecież Bar Ząbkowski - mleczny, a rozbujany, rzeka i irracjonalnie przepiękny park, spokojny wieczór z "Urodzonymi mordercami" i babcie, które porywają dzieci właśnie na ten ranek, który tak miło przepękać w łóżku. I rowery, i szmery bajery. Dobre nowiny mailem, pomysły na zaraz, zbawienne pięć dych w bocznej kieszeni torebki (czasem warto posprzątać). Nie zdążyliśmy tylko do Ani i Szona na inaugurację sezonu grillowego. Ale i tak wróciła mi rastamańska radość życia. Zresztą, co komu po przymiotnikach. Albo dobra: śliczny, złocisty, podskakujący niefakin lajf :).
Coś mi nie idzie to blogowanie. Może wróci chęć do relacjonowania codziennych i niecodziennych drobnostek, a może nie. Pozwalam sobie na "niekoniecznie". A Praga jest dzika i piękna na wiosnę.
I wziął udział w czterech międzyszkolnych konkursach [...] - trzy razy poprawiałam to zdanie z poprzedniej notki! Bo taki jest właśnie Olik - myślał, że chodzi o sprawdzian z matematyki (oczywiście niezapowiedziany), potem zaświtało mu, że to chyba jednak był międzyszkolny konkurs, potem znowu się wahał... i proszę. Wczoraj gdzieś między "Mama, to mogę pograć na komputerze?", a "Aśka nie ruszaj moich zabawek" rzucił, że razem z najlepszym uczniem w klasie przeszedł do kolejnego etapu. Zabijcie mnie - nie mam pojęcia co to za konkurs ani kiedy odbędą się dalsze rozgrywki. Może się dowiem po świętach, chociaż bardziej prawdopodobne, że po rozgrywkach.
skomentuj (3)
U nas na kei pomór, ale powoli czuć wiosnę. Przedwiośnie zmieliło nas wszystkich na drobno, a ja jednak potrzebowałam czasu, by wskoczyć w dawne koleiny. Trochę mną trzęsło, trochę dziwnie było odkryć, że odzwyczaiłam się od pustki i ciszy za dnia, podczas pracy. Ale nie próżnowałam - przynajmniej w dziedzinie nadrabiania zaległości. Omal nie spadłam z krzesła, kiedy pewnego dnia Olik przyniósł ze szkoły cztery tłuste, wielgachne piątki.
I wziął udział w czterech międzyszkolnych konkursach - dziś triumfował jako Wielki Recytator. Podczas eliminacji dzielnicowych jedna znana aktorka z jury, która zastrzegła wpierw, że nie będzie omawiać występów dzieci po kolei ani imiennie, rozgadała się o tym, jak to prawie wszyscy uczestnicy klepali swoje wierszyki zamiast opowiadać publiczności pewną historię. I nagle:
- O, na przykład Oliczek, ja go pamiętam z poprzednich konkursów. On ma jakąś wadę wymowy, ale proszę państwa! Jak znakomicie potrafi się bawić tym co mówi!
Nie wiem na pewno, ale chyba było po mnie widać, że pękam z dumy.
Wada wymowy, fakt. A raczej głupie przyzwyczajenie z czasów, kiedy małemu brakowało połowy zębów. Na ogół się nie pilnuje i mówi "s" zamiast "sz", "z" zamiast "rz" i tak dalej. Pseciez. Musimy nad tym popracować i pomyśleć o jakimś kółku aktorskim dla tego wariatuńcia - rośnie nam nie lada kabareciarz. Wystarczy powiedzieć, że podczas domowych przygotowań dosłownie pokładaliśmy się ze śmiechu, słuchając zabawnego poematu A. E. Hausmana "Lew afrykański" ubarwionego dodatkowo rozmaitymi wstawkami pomysłu małego. Teraz Olo przeszedł do etapu powiatowego, po którym, jak gdzieś przeczytałam, jest etap wojewódzki. Muszę to jeszcze sprawdzić.
By nie pominąć dziewczynek - te zaskakują każdego dnia i może dlatego mniej o tym wspominam. Bo co się będę przechwalać, że kiedy uparłam się przy testach psychologicznych w przedszkolu - chciałam mieć pewność, że to dobry pomysł posłać je już w przyszłym roku do szkoły, omijając zerówkę - dowiedziałam się, że są najbardziej rozgarnięte i poukładane z całej grupy. A przecież chodzą z sześciolatkami. Teraz szykują się do egzaminów wstępnych do muzycznej. Fajnie śpiewają ślicznoty. Kalina już od miesięcy wie, że będzie grać na fortepianie, a Aśka się waha - ostatnio rozważa flet poprzeczny.
Asiula, co u niej? Nic nowego - każdego dnia snuje plany powiększenia hodowli zwierzątek i dopytuje się kiedy będzie mogła pracować w ZOO jako wolontariuszka. Albo, mama, w delfinarium, jeszcze się nie zdecydowałam. Ogląda wszystko, co tylko może na kanale Animal Planet i jest w stanie zaprzeć się nogami i nie wyjść, bo to nowy program o wężach, a ona go jeszcze nie oglądała.
Kalinka ma inne zaintersowania - pasjami konstruuje dziwne maszyny ze wszystkich możliwych domowych sprzętów. Dziś zaprosiła mnie do wesołego miasteczka wzniesionego naprędce w jej pokoiku. Z sanek ustawionych na stoliku, wózka i wanienki dla lalek i jeszcze paru istotnych drobiazgów zbudowała diabelski młyn, pod nim ustawiła maleńką orkiestrę (dla przykładu: plastikowy kotek siedział na pudełeczku w kształcie walca, za pałki miał przełamaną na pół kredkę Bambino - to był perkusista).
Wchodząc, musiałam okazać bilet, który mi wcześniej wręczyła, i wrzucić pieniążek do takiej specjalnej skrzyneczki (pieniążek mógł być niewidzialny). I zaraz trafiłam do gabinetu krzywych luster (od czego dwustronne mamine lusterko ściągnięte z wysokiej półki w łazience), a potem klaun Klupuś (na co dzień najbrzydszy zajączek świata) zadawał mi zagadki. Odpowiedź brzmiała rower - dostałam w nagrodę lewka wielkości połowy paznokcia.
Podczas drugich odwiedzin (nie wiem, jak ja dzisiaj pracowałam), zdębiałam na widok misy wypełnionej karteczkami z kulfoniastymi cyferkami - to była loteria fantowa. Niesamowite, ale prawie każda karteczka miała na odwrocie fragment hitlerowskiej swastyki - widać Kala wykorzystała jakieś moje redakcyjne wydruki z tekstami o drugiej wojnie. Kadr jak z "Rodziny Addamsów". Wylosowałam numer 22 i wyszłam z miasteczka obdarowana pluszowym plecaczkiem.
Przemek w rozjazdach, nawet nie wiem, gdzie jest w tej chwili, bo to się co dzień kilka razy zmienia. Prowadzi szkolenia z katarem gigantem i tą jakąś dolegliwością żołądkową, którą przejęliśmy od kumpla Olika. Ja też ledwo przędę, bo podpisałam kontrakt na huk roboty, a jakoś dawno nie było dnia, kiedy mogłabym spokojnie się tym zajmować. W dodatku szumi mi w głowie, a plecak wygląda z szafy, rower przebiera kołami.
Chyba dobrze nam zrobią te święta - wyjątkowo nie mamy żadnych rodowych planów. Stukniemy się jajem i pójdziemy słuchać, jak rośnie trawa.
Pani Milusińska kichnęła i znów odpadł dach, a staruszkowi handlarzowi wypadły z rąk chińskie patelnie. Staruszek zmówił zdrowaśkę i beknął, a Pani Milusińska zaklęła, trąbiąc w chusteczkę.
- Z winy jednej Katarzyny - powiedział Bachor.
- Żeby chociaż od łez - zaśmiała się Tarantella z ławeczki przed domem. Tej było dobrze - przehandlowała pantofelek jakiejś lunatycznej księżniczce i mogła sączyć drinki z palemką choćby do czwartku. Zgrywała damę, słuchając Lutosławskiego na zmianę z Bélą Bartókiem.
Śliczne Dziecko rzygnęło piętnasty raz tego wieczoru i odleciało, Czułe Pacholę z zazdrości udawało ból głowy. Pan Milusiński nadal szukał czarnej skarpetki przed swoim ważnym wyjazdem. Kot w rui umierał z miłości, a kwiaty w skrzynkach spierały się na tematy polityczne, o których nie miały pojęcia. Pani Milusińska uznała, że najwyższy czas zarżnąć i udusić kaczkę, ale kichnęła i zawaliła się pod nią podłoga.
Państwo Milusińscy usiedli na ławeczce przed domem i zapatrzyli się w niebo. W donicach i skrzynkach śpiewały żółte i czerwone kwiaty, a nieopodal szumiały pociągi. Dzieci bawiły się grzecznie na strychu albo może za domem, mruczał kot. Chmury nasiąkły słońcem i zastygły na chwilę.